Ze wspomnień o Śri Sudhirze Rańdżanie Bhadurim

Ze wspomnień o Śri Sudhirze Rańdżanie Bhadurim

Paul Brunton

O autorze: Paul Brunton (1989-1981), angielski filozof, mistyk i podróżnik, porzucił karierę dziennikarską i w roku 1930 wyruszył w podróż do Indii w poszukiwaniu joginów i wiedzy tajemnej. Tam zetknął się z wieloma niezwykłymi ludźmi, zanim w końcu odnalazł swego Mistrza w osobie Śri Ramany Maharysziego. Napisał wiele książek, z których największą popularność zdobyła pierwsza z nich, zatytułowana "A search in secret India". Książkę tę na język polski przełożyła Wanda Dynowska, nadają jej tytuł "Ścieżkami jogów". Gdy studiowałem w Varanasi, często odwiedzałem rodzinny dom jednego z wielkich joginów przez niego opisanych, czcigodnego Śri Sudhira Randźana Bhadury'ego. Oto fragmenty tej książki, w której autor opisuje spotkanie i rozmowę z Śri Sudhirem Randżanem Bhadurim, jednym z największych astrologów indyjskich.  

Filip Ruciński

(...) Nazajutrz mój uprzejmy znajomy  prowadzi mnie przez ciemną archaiczną uliczkę, biegnącą wśród starych domków o płaskich dachach. Zatrzymujemy się przed odrapanym kamiennym domem i przez ciemne, ciasne i niskie podejście wchodzimy po kilku schodkach do wąskiego pokoju jakby na kształt korytarza, a stąd na dużą werandę wewnętrznego podwórza.

Uwiązany pies przyjmuje nas wściekłym szczekaniem. Rozglądam się. Szereg wazonów z tropikalnymi roślinami biegnie wzdłuż werandy, ale towarzysz wola mnie dalej; wchodzą za nim do na pół ciemnego pokoju potykając się na nierównym starym progu. Zauważam, że i tu jak na werandzie rozsypana jest ziemia na podłodze – czyżby astrolog zajmował się tak gorliwie hodowaniem roślin odpoczywając po swych gwiezdnych badaniach?

Przewodnik mój woła głośno gospodarza, raz i drugi; odpowiada mu echo starych murów. Czekamy dwie, trzy minuty i znów wołamy do spółki z psem, ale to zdaje się tylko pogłębiać ciszę starego, pozornie pustego domostwa. Już zaczynam tracić nadzieję, gdy dolatuje nas odgłos kroków wyższego piętra wyraźnie zbliżających się do nas i za chwilę dziwaczna postać staje przed nami ze świecą w jednej a pękiem kluczy w drugiej ręce. Następuje krótka rozmowa z mym towarzyszem półmroku pokoju, po czym zgrzyt klucza i znajdujemy się wraz z astrologiem w drugim pokoju; tu rozsuwa on firanki, otwiera okiennice i pełne światło pada na jego twarz. Zaiste postać ta przypomina raczej widmo niż żywego człowieka. Nigdy nie widziałem twarzy tak niesamowicie bladej wskutek dni i nocy trawionych nad księgami. Owa bladość nienaturalna, chudość niezwykła i powolne, jakby nieziemskie ruchy czynią wrażenie czegoś nie z tego świata. Białka oczu są przy tym duże i tak białe, że wzmagają jeszcze to wrażenie, zwłaszcza przez kontrast z czarnością źrenic.

Siada przy ogromnym stole zarzuconym papierami. Przekonywam się, że mówi niezłą angielszczyzną, ale dopiero po długich namowach decyduje się na rozmowę bezpośrednią bez posługiwania się tłumaczem.

Astrologia

(…) — Dlaczego wydaje się panu niemożliwe, żeby gwiazdy, choć odległe, miały wpływ na życie ludzkie? - mówi łagodnie. – Czyż oceany w swym przypływie i odpływie nie odpowiadają na przyciąganie księżyca?... Niech pan gwiazdy uważa raczej za symbole zawieszone w błękitach; nie one to właściwie na nas wpływają, tylko nasza własna przeszłość. Nie można zrozumieć sensu astrologii, póki się nie przyjmie teorii, ze człowiek wraca wielokrotnie na ziemię, a przeznaczenie jego podąża za nim za każdym ponownym urodzeniem. Jeśli skutki jego złych czynów nie dosięgną go w jednym życiu, przyjdą doń niechybnie w następnym; jeśli nie spotka rezultatu dobrych swych czynów tutaj, na pewno znajdzie je w innym życiu. Bez przyjęcia teorii powszechnego wcielania się duszy człowieka na ziemi, póki nie osiągnie ona doskonałości, zmienne koleje losu różnych ludzi wydają się jedynie gra przypadku, skutkiem ślepego losu. Jakże by mogło się to zgadzać ze sprawiedliwością Istoty Najwyższej? My wierzymy, ze gdy człowiek umiera, jego charakter, pragnienia, myśli, wola nie znikają, istnieją nadal, aż znowu obiorą siedlisko w ciele fizycznym i powrócą na ziemię w nowonarodzonym dziecku. Złe i dobre czyny popełnione w życiu pociągają odpowiednie skutki w tym samym życiu albo w następnym. W ten sposób tłumaczymy przeznaczenie… Nie gwiazdy wywołują katastrofy czy też zmuszają pana do stania się ich ofiarą, ale nieuniknione i nieubłagane skutki własnych pańskich czynów. Gwiazdy i ich pozycje są tylko znakami, wyrażającymi ten przez pana zasłużony los; dlaczego tak jest, nikt z nas nie zdoła powiedzieć. Ale astrologii nie wymyślił żaden ludzki rozum; objawiona ona została dla dobra człowieka przed wiekami przez wielkich jasnowidzów i mędrców.

Bóg

(...) Astrolog wstaje, uważam, że trzeba się pożegnać. Coś jeszcze mówi półgłosem:

- Wszystko jest w ręku Boga i nic Mu ujść nie może. Któż z nas jest wolny naprawdę? Czy moglibyśmy pójść gdzieś, gdzie nie ma Boga? 

- Nie wierzy więc pan, że Bóg jest gdzieś daleko, poza tym naszym światem?

- Nie. Bóg jest duchem ukrytym w każdym człowieku i w całym wszechświecie. Gdy widzimy obraz,np. piękno przyrody, krajobrazu, nie czcijmy go dla niego samego, lecz dla tej ukrytej w nim  „duszy”, dla tej boskości utajonej, która stanowi jego żywe piękno. Usiłujmy widzieć Boga w ludziach i przedmiotach nie dając nigdy tak się złudzić zewnętrznym pozorom, byśmy mogli zapomnieć Ducha, który jest przyczyną i treścią ich istnienia.

- W dziwny sposób łączy pan teorię przeznaczenia, religię i astrologię w jedno.

Patrzy na mnie z powagą niemal uroczystą.

- Dlaczego wydaje się to panu tak dziwne? Teorie te – a może raczej prawdy – nie ja odkryłem. Przyszły one do nas z czasów pradawnych, niepamiętnych. Potęga przeznaczenia, uwielbienie Stwórcy i prawa wpływów gwiezdnych znane były wszystkie trzy chyba od początku istnienia ludzkości na tej ziemi. Nie sprzeciwiają się sobie bynajmniej. Wiedziały o tym tzw. ludy pierwotne, które wy na Zachodzie lubicie nazywać dzikimi; one jednak stały na o wiele wyższym poziomie, niż się wam zdaje. Zresztą, czyż nie mówiłem przed chwilą? Zanim skończy się to stulecie, Zachód ponownie odkryje, jak realne są siły niewidzialne, które przenikają człowieka. 

Manuskrypty   

Nazajutrz idę o zmierzchu do mego astrologa…

Siadamy naprzeciw siebie przy ogromnym stole. Naftowa lampa rzuca wątłe światło na pokój. Miliony domów hinduskich są teraz oświetlone takimi lampami, myślę.

         — Mam czternaście pokoi w tym domu. Wszystkie pełne są ksiąg i starych manuskryptów, przeważnie w sanskrycie. To panu wytłumaczy, po co mi taki duży dom, choć jestem sam. Proszę za mną, pokażę panu.

         Bierze lampę i prowadzi mnie do drugiego pokoju. Otwarte skrzynie stoją wzdłuż ścian. Zaglądam do jednej, jest pełna papierów. Nawet podłogę  pokrywają stosy pergaminów i wiązek liści palmowych zapisanych drobnymi, niezrozumiałymi dla mnie literami, zblakłymi i pożółkłymi od lat. Przechodzimy z pokoju do pokoju, wszędzie podobny widok. Ta dziwna biblioteka zdaje się być w strasznym nieładzie, ale właściciel zapewnia mnie, ze zna doskonale miejsce każdej księgi i rękopisu. Wydaje mi się, ze dom ten zgromadził mądrość całego Hindustanu i na pewno wiele dziwnej wiedzy hinduskiej zawiera się w tych prawie nieczytelnych zwitkach, w tych pradawnych a może bezcennych sanskryckich manuskryptach.

         Wracamy do biurka.

         — Prawie cały mój majątek poszedł na te księgi, wiele z nich to bardzo rzadkie okazy, białe kruki; kosztowały znaczne sumy. Stąd jestem dziś ubogi.

         — O czym traktuje większość z nich?

         — O życiu człowieka i tajemnicach boskich, a dużo mówi o astrologii.

         — To pan jest i filozofem?

         Jego wąskie usta rozchylają się w półuśmiechu.

         — Nie będąc dobrym filozofem, byłbym słabym astrologiem. 

Brahmaczinta

         — Głębiej niż kiedykolwiek pogrążyłem się w studia nad astrologią i w boskie misteria. Wówczas to rozpocząłem najpoważniejszą mą pracę, tj. studiowanie księgi Brahmaczinta.

         — O czym traktuje ta książka?”

         — Tytuł można przetłumaczyć jako „Boska medytacja” lub „Szukanie Brahmana” albo nawet „Wiedza o Bogu”. Całość zawiera kilka tysięcy stron, ale część, którą ja studiuję, jest tylko jednym z rozdziałów. Prawie dwadzieścia lat zeszło mi na gromadzenie tej części, gdyż była ona rozproszona we fragmentach po różnych częściach kraju. Powoli, przy pomocy agentów w różnych prowincjach, udało mi się zgromadzić te ułamki. Istnieje w tej księdze 12 głównych rozdziałów i wiele poddziałów. A tematy ich to filozofia, astrologia, joga, życie pośmiertne i podobne trudne i głębokie zagadnienia.

         — Czy nie istnieje żaden przekład tej księgi?

         — Wątpię, nie słyszałem nigdy. Zresztą nawet niewielu Hindusów wie o jej istnieniu. Dotąd była ona zazdrośnie strzeżona i należała do ksiąg tajemnych. Pochodzi z Tybetu, gdzie jest uważana za bardzo świętą i tylko wybranym uczniom pozwala się ją studiować.

         — A kiedy została napisana?

         — Napisał ją przed wiekami mędrzec Brygu, który żył tak dawno temu, że trudno mi podać panu datę. Uczy tam metody jogi zupełnie odrębnej od wszystkich praktykowanych obecnie w Indiach…

* * * 

(… ) Odtąd co wieczór odwiedzam stary dom astrologa i słucham mądrości Brahmaczinty. Blade światło lampy rzuca  drgające cienie na podłużną i szczupłą twarz tego, który mnie powoli wprowadza w arkana tej prastarej tybetańskiej jogi. Nie przybiera on nigdy tonu duchowej wyższości ani mentorstwa. Jest najdoskonalszym wyrazem pokory. Każdą naukę poprzedza słowami: „Brahmaczinta mówi”.

         — Jaki jest najwyższy cel, jakie ostateczne zadanie jogi Brahmaczinty? —  pytam go pewnego wieczoru.

         — Uczymy się wchodzić w stan medytacji głębokiej, w rodzaj transu, dlatego, ze w stanie tym człowiek zdobywa niezaprzeczalny dowód, ze jest duszą. Człowiek uwalnia wtedy umysł od wpływu przedmiotów zewnętrznych, wszystko, co go otacza, cały zewnętrzny świat blednie i prawie znika. Wówczas to odkrywa on duszę jako żywą, swobodną, prawdziwą istność w sobie samym, a jej szczęście, pokój i moc przenikają go na wskroś. Jedno takie doświadczenie wystarcza, ażeby go przekonać o istnieniu boskiego i nieśmiertelnego życia w nim samym. Zapomnieć już tego nie może nigdy.

         Moje niepoprawne wątpienie dyktuje mi następne pytanie:

         — A czy pan jest pewien, że to wszystko nie jest złudzeniem, rodzajem głębokiej autosugestii?

         Ledwie dostrzegalny uśmiech pojawia się na jego ustach.

         — Gdy matka rodzi dziecko, czyż istnieje możliwość, by uważała to za złudzenie? A gdy wraca myślą do przeżytego faktu, czy może choć na chwilę przypuszczać, że była to tylko autosugestia? Gdy widzi, jak dziecko wzrasta przy niej w lata, czy może wątpić kiedykolwiek w rzeczywistość jego istnienia? Podobnie trud duchowych, ponownych narodzin przychodzi do nas jako wypadek tak doniosłej i niezwykłej wagi w całym naszym życiu, ze nie ma mowy o możliwości zapomnienia go ani miejsca na wątpliwość. Zmienia się w nas wszystko. Gdy wchodzimy w głąb tej świętej medytacji, rodzaj próżni tworzy się w umyśle; Bóg, lub jeśli pan woli, Duch, wyższa potęga spływa i wypełnia ową próżnię. Gdy się to staje, przeżywa się nieuniknienie najgłębszą, najżywszą szczęśliwość i wielką, nieograniczoną miłość dla wszechstworzenia. Komuś obserwującemu z boku ciało takiego człowieka może się wówczas wydać nie tylko jakby pogrążone w głębokim śnie, ale nawet pozornie martwe, gdyż nawet oddech urywa się, gdy dosięgamy najwyższego wewnętrznego punktu.

         — A czy to nie niebezpieczne?

         -- Nie. Medytacja taka odbywa się w zupełnej samotności, czasem ktoś z bliskich przyjaciół może czuwać przy niej. Sam często zapadam w taki stan i mogę zawsze z niego wyjść, gdy zechcę; najczęściej pogrążam się w ten trans na dwie, trzy godziny, postanawiam też uprzednio, kiedy mam wrócić do zwykłej świadomości. Jest to cudowne doświadczenie, bowiem to, co się postrzega normalnie jako wszechświat, widzi się wtedy w sobie samym. Dlatego właśnie mówię, że wszelka wiedze możemy znaleźć we własnej duszy. Gdy przekażę panu całą jogę Brahmaczinta, żaden mistrz więcej nie będzie potrzebny, żadne zewnętrzne kierownictwo.

         — A czy pan nigdy nie miał nauczyciela?

          Nigdy nie szukałem żadnego, od czasu jak odkryłem tajemnice Brahmaczinta. Mimo to jednak od czasu do czasu przychodzili do mnie wielcy i  święci nauczyciele; mam tu na myśli ten świat wewnętrzny, w którym się jest w pełni świadomym, z chwilą gdy się pogrąża w świętą medytację. Mędrcy owo przychodzili do mnie w swym kształcie psychicznym i dawali mi błogosławieństwo, a ręce ich na chwilę spoczywały na mej głowie. Toteż powtarzam, zaufać należy własnej duszy, jej słuchać, a nauczyciele przyjdą sami w wewnętrznym świecie.

         Następuje długa chwila intensywnej i wymownej ciszy. Mędrzec zdaje się być pogrążony w poważnych myślach, po czym bardzo spokojnie, cicho, z niebywałą pokorą mówi:

         — Raz podczas takiej medytacji widziałem Jezusa…

         — Co pan mówi! To mistyfikacja!-- wołam mimo woli.

         Nie spieszy z wyjaśnieniem, natomiast dziwnie wywracają mu się oczy, tak że tylko białka widać, aż dreszcz niepokojący mnie przechodzi. Znów parę minut milczenia, dopiero gdy oczy jego wracają do normalnego wyrazu, czuję się nieco uspokojony. Gdy zwraca się do mnie ponownie, lekki zagadkowy uśmiech znów zjawia się na jego ustach.

         — Taka jest potęga tego świętego stanu, że śmierć nawet nie może się zbliżyć, gdy człowiek jest w nim pogrążony. Po tybetańskiej stronie Himalajów żyje paru jogów, którzy w stopniu doskonałym posiedli całą wiedzę Brahmaczinty. Podoba im się przebywać w odległych grotach, gdzie zapadają w najgłębsze stany świętej medytacji; puls wówczas ustaje, serce przestaje bić, a krew jakby nie krąży w nieruchomym ciele. Ktokolwiek by ich ujrzał w tym stanie, byłby pewien, że nie żyją. Jednak proszę sobie nie wyobrażać, że jest to rodzaj snu, są oni równie przytomni i świadomi jak my, tylko wchodzą w inny,, wewnętrzny świat, gdzie wiodą życie o wiele wyższe. Dusza ich, wyzwolona z ograniczeń ciała, działa potężniej; odkrywają wszechświat cały w sobie samych. I czasem wyjdą z tej świętej medytacji, ale wówczas będą dźwigać paręset lat na swych barkach.[1]

~~~~o~~~~

 

 


[1] Paul Brunon, A search in secret India (polski tytuł Ścieżkami jogów w przekładzie Wandy Dynowskiej), fragmenty rozdziału Wypisane w gwiazdach.

 

Dział: